Zwrotnik Ukraina – pod red. Jurija Andruchowycza

zwrotnik

 

Sotnie na Majdanie

Na przełomie 2013/14 roku wszystkie media zalewały nas mniej lub bardziej szczegółowymi informacjami z kijowskiego Euromajdanu, pokazując jak wygląda krwawa, społeczna rewolta rozgrywająca się na naszych oczach. Dzisiaj, ponad rok po obaleniu władzy Janukowycza, po aneksji Krymu przez Rosję oraz na tle wyniszczającego konfliktu we wschodniej części Ukrainy patrzymy na te zajścia z trochę innej perspektywy. Zwrotnik Ukraina dający ogląd tych wydarzeń jest zbiorem tekstów opublikowanym nakładem wydawnictwa Czarne. Eseje dotyczą krwawych zajść na Majdanie. Jurij Andruchowycz zaprosił do współpracy intelektualistów nie tylko ukraińskich, lecz także rosyjskich (jawnie antyputinowski tekst pisarki Alisy Ganijewej), niemieckich, amerykańskich, austriackich i polskich. W efekcie powstał zbiór esejów rzucających rozproszone światło na kryzys ukraiński. Ten wielogłos w sprawie dla Ukrainy tak istotnej układa się w spójny obraz wydarzeń zapisujących się na kartach historii konkretnego państwa – naszego sąsiada.

Ta książka z pewnością nie jest przeznaczona dla czytelników ślepo  przeświadczonych, że protesty na Majdanie były czymś na kształt faszystowskiego puczu i spisku żydowsko-banderowskiego, czyli dla tych, którzy łatwo dali się zwieść kremlowskiej propagandzie, zgodnie z metodą Goebbelsa, uporczywie powtarzanej przez prorządowe rosyjskie media. Bo przecież Rosja cynicznie wykorzystując słabość wewnętrzną Ukrainy, niestabilną sytuację w jej wschodnich obwodach rozpoczęła otwarty konflikt zbrojny, wspierając militarnie prorosyjskich separatystów. A uciekający Janukowycz „pożalił się” Putinowi, że faszyści odebrali mu władzę. Szczególnie profesorowie Wilfried Jilge oraz Timothy Snyder zwracają uwagę na problem ukraińskiej skrajnej prawicy oraz piszą na temat jej roli w zajściach na kijowskim Majdanie i w życiu społeczno-politycznym Ukrainy. Czy jest w istocie taka groźna jak się nam wydaje? W jakim celu Janukowycz tolerował ultraprawicowe, nacjonalistyczne, faszyzujące organizacje, niszcząc jednocześnie parlamentarną centroprawicę? Jaki był wkład brunatnych ultrasów spod znaku Dynama Kijów w zwycięstwo na Majdanie, jeżeli pojmujemy je jako odsunięcie autorytarnego prezydenta od władzy?

Eseje, które wydawnictwo Czarne upowszechniło w Zwrotniku Ukrainie napisane zostały przeważnie wiosną ubiegłego roku, a więc ad hoc, na gorąco, w czasie zrywu, który w umysłach protestujących miał odmienić oblicze Ukrainy i tuż po groteskowym referendum ułatwiającym Putinowi zajęcie Krymu. O swych Majdanowych doświadczeniach piszą Serhij Żadan, Jurij Andruchowycz, Katia Pietrowska, Tania Malarczuk, Kateryna Miszczenko, Jewgienija Biełorusiec. I inni, dla których nawołanie do buntu przez Mustafę Najema stało się pokoleniowym doświadczeniem, symbolem nowej, nie przesiąkniętej autokratyzmem i korupcją Ukrainy, społecznym ruchem, dzięki któremu wszystkie podmioty polityczne ramię w ramię stanęły do walki ze wspólnym wrogiem o lepszą przyszłość dla swojego państwa. Książka zadaje pytania iście Hamletowe. Czy możliwe jest autonomiczne bycie Ukrainy w sąsiedztwie z tak zaborczo oraz imperialnie nastawioną Rosją? Demaskuje mity i wymysły narosłe wokół ukraińskiej rewolucji, bo tak należy ten ogólnonarodowy zryw nazywać, daje dosyć szczegółowy ogląd sytuacji wewnętrznej naszego wschodniego sąsiada pomiędzy pomarańczową rewolucją a Majdanem, w końcu przybliża polskiemu odbiorcy, często niezbyt zorientowanemu w tym temacie, różnorakie interpretacje tego zdarzenia – i w dobie ideowej polaryzacji oraz stronniczości przekazu medialnego – ułatwia wypracowanie własnego co do niego stanowiska.

Bez wątpienia Majdan dla współczesnej Ukrainy był przełomowy. Pozwolił uwierzyć obywatelom tego państwa, iż możliwa jest wspólna inicjatywa, że bunt pomimo krwawych ofiar może stworzyć nową polityczną jakość. Brzmi to dość patetycznie, lecz w istocie wszelkie opinie przywołane w zbiorze esejów pod redakcją Andruchowycza do tego się sprowadzają. Katia Pietrowska, literaturoznawczymi i pisarka tak oto powiada: Majdan stał się podmiotem politycznym, uosabia, rewolucje, powstania i karnawały z wielu epok jednocześnie. Wasale przeciw feudałom, klasa średnia przeciw rządzącym, lud przeciw despotycznej władzy, robotnicy przeciw korupcji, wszyscy razem byli jak utopijny ruch oporu, który powstał ze wzmożonego poczucia sprawiedliwości. Tego typu ideowe stanowiska negują wypracowany przez Kreml przekaz dla Zachodu dotyczący fundamentu ukraińskiego zrywu, zadają kłam spekulacjom, jakoby był on zainicjowany przez ukraińskich nacjonalistów. Powyższy cytat trąci raczej lewicowością – tą wojującą, rewolucyjną.

To teksty dotykające naprawdę wielu zagadnień i bolączek Ukrainy, która po upadku ZSRR borykała się z trudnościami natury gospodarczej, politycznej, społecznej, administracyjnej. Autorzy piszą o tym jak państwo ukraińskie po upadku komunizmu dryfowało w kierunku postradzieckiego autorytaryzmu, jak młodej lewicy nie po drodze było z konserwatystami i ultraprawicą. Mówią wprost o tym, ile złego wyrządziło sprzężenie biznesowej oligarchii z polityką. Jewgienija Biełorusiec w swoim eseju gorzko, ale i zdecydowanie rozprawia się z instrumentalizacją kultury, której dokonywała skrajna prawica spod znaku Tryzuba. Opisuje także jej prostacki i barbarzyński do kultury stosunek. Dla Żadna Majdan był ruchem odśrodkowym stłamszonego przez oligarchów społeczeństwa. Mówi autor wydanej niedawno w Polsce Mezopotamii, że sytuacji rewolucyjnej nie sposób racjonalnie skalkulować, podkreślając w swoim eseju przebudzenie społeczeństwa, ten widoczny bodziec prowadzący do pozytywnej zmiany. Euromajdan stał się w jego mniemaniu katalizatorem do sankcjonowania prawa o samostanowieniu i krokiem w kierunku budowania społeczeństwa obywatelskiego na wzór zachodni. Obalając obiegowe mity jakoby rewolucję na Majdanie wszczęli prawicowi ekstremiści z Zachodniej Ukrainy, historyk Timothy Snyder w istocie dowodzi, iż była to klasyczna rewolucja ludowa wyrosła na gruncie ogólnego niezadowolenia i frustracji. Wspomniana już wyżej Alisa Ganijewa, rosyjska pisarka młodego pokolenia, bezlitośnie punktuje putinowską imperialną świadomość uporczywie wtłaczaną rosyjskiemu społeczeństwu nieodpornemu na indoktrynację. W efekcie Rosjanie postrzegają Ukrainę przez pryzmat kolonialny jako część wielkiej Rosji. Ciekawy jest również głos Andrzeja Stasiuka, którego esej na temat stosunków ukraińsko-rosyjskich i fascynacją Wschodem jest jednym z ostatnich w książce.

Eseje ze Zwrotnika Ukrainy posiadają interdyscyplinarny charakter. To teksty z pogranicza politologii, socjologii, historii, ale również szkice tworzone przez pisarzy i działaczy kultury. Czternaście fragmentów składających się na książkę, wzbogaconą o mocno dokumentalny dodatek fotograficzny, zawiera refleksje o Majdanie widzianym oczami intelektualistów. Są te zapisy świadectwem ukraińskiej rzeczywistości tłumaczącym ją polskiemu czytelnikowi. Ale nie tylko. Na chwilę obecną, niedługo po zabójstwie Borisa Niemcowa, są one tym bardziej aktualne, bowiem to, o czym mówią opozycjoniści Putina potrafi – delikatnie mówiąc – wprawić w konsternację.

Jacek Lech

Anna Janko – Mała Zagłada

janko_mala

 

W cieniu wojny

Tadeusz Konwicki zapytany niegdyś, czym jest dla niego literatura, odpowiedział: To jest zapis naszej kondycji. W niej właśnie zapisany jest los stworzeń, które do tego stopnia się wysublimowały, że uzyskały świadomość siebie samych, a teraz chcą wiedzieć więcej, wszystko to zaś, czego się dowiedziały, pragną zapisać w banku pamięci[i]. Nic bardziej trafnego nie sposób odnieść do najnowszej wstrząsającej książki Anny Janko, która jest taką właśnie dramatyczną literacką rejestracją zalegającej w podświadomości wojennej traumy, dokuczliwej, przez lata naznaczającej piętnem tragicznej pamięci o tym, że wojna nie umiera nigdy.

1 czerwca 1943 roku dla wsi Sochy na Zamojszczyźnie był sądnym dniem. Do tej małej osady uznanej przez okupanta za wieś współpracującą z miejscową partyzantką wkroczyły oddziały Wehrmachtu, które metodycznie wymordowały prawie wszystkich jej mieszkańców, paląc zabudowania niemal do gołej ziemi. Apokalipsa została dopełniona przez nadlatujące samoloty, z których karabinami maszynowymi dobijano ukrywających się w zbożu uciekinierów. W ciągu kilku godzin Sochy przestały istnieć. Wśród pożogi ocalał jeden dom, a akcję eksterminacyjną przeżyło kilkoro dorosłych i garstka ocalałych i przerażonych dzieci – wśród nich dziewięcioletnia Tereska Ferenc – matka Anny Janko. To właśnie ona jest główną bohaterką tej narracji. Lecz czy na pewno? Powiedziałbym, iż jest raczej swoistą interlokutorką, konstrukcją literacką potrzebną pisarce, by ta mogła przepracować wojenny tragizm, jaki naznaczył jej przodków. Autorka Pasji według św. Hanki prowadzi specyficzny rodzaj zanurzonej w nieszczęśliwym minionym opowieści. Usiłuje ona rozmawiać ze swoją matką, a w istocie prowadzi dialog sama z sobą, podążając śladem skrzywdzonej rodzicielki w swoim wnętrzu, dogłębnie analizując temat wojennego okrucieństwa, które tak naprawdę nigdy się nie kończy.

Konstrukcja Małej Zagłady również typowa nie jest, to jedna z tych książek, które wpisują się w paradygmat literatury zanurzonej w autentyku, dotykającej niszczycielskiego wymiaru historii w wymiarze jednostkowym. Monolog wewnętrzny prowadzony przez narratorkę bynajmniej nie gra na emocjach potencjalnych odbiorców, a i sama historia wyjęta z okresu II wojny światowej nie jawi się jako jedna z wielu tragicznych, jakie wówczas miały miejsce. Właśnie ów wymiar jednostkowy – nazwanie ofiar oraz ich katów – po pierwsze umożliwia choć w minimalnym stopniu oswoić traumę – po wtóre, rozprawić się z nią. Przejść do porządku dziennego i żyć dalej. Anna Janko kilkakrotnie powtarza, iż pośrednio odziedziczyła wewnętrzne okaleczenie wojennym doświadczeniem po matce. Powiada, że zabrała matce historię, jej prywatną apokalipsę, że była nią karmiona od dzieciństwa w umiarkowanej dawce do tego stopnia, iż weszła jej w krwioobieg. Dzieciństwo Tereski wtapiało się w dzieciństwo Ani, a pamięć Tereski stapiała się z pamięcią Ani. Ta znakomita, choć nietypowa dla Janko książka jest literackim  zapisem oswajania traumy w drugim pokoleniu. Pisanie posiadałoby w przypadku tej publikacji nieskrywany wymiar terapeutyczny, a przelanie na papier zalegających w człowieku złogów strachu – powolne wyrwanie się z jego szponów.

Skrupulatne dociekania, wielogodzinne lektury, permanentne obcowanie z przeszłością, zbieranie informacji, odwiedzanie miejsc zbiorowych mordów ma swój cel, który trafnie w swej recenzji Małej Zagłady wskazał Jarosław Czechowicz. Jest nim odciążenie pamięci matki. Historii bardziej świadoma jest opowiadająca aniżeli jej matka. Ta narratorkę nią zainfekowała, niczym jakimś straszliwym wirusem. Dziesiątki lat zaciemniała mi obraz świata. Dziś może jej więcej we mnie niż w tobie. (…) Nie chcę dłużej tak – mówi Anna Janko. Ta traumatyczna historia staje się problematyczna, ponieważ następne pokolenia jej nie chcą. Cóż zatem począć? Włożyć ją szczelnie w zdania, opisać, zamknąć klamrą akapitów.

Anna Janko napisała książkę wymykającą się gatunkowym klasyfikacjom. Sporo w niej historii, o której czasem chcielibyśmy nie pamiętać i spokojnie żyć w rozkosznym zapomnieniu, rzecz przerażająco uniwersalną, zakorzenioną w wojennych losach swej rodziny. To narracja, po lekturze której czytelnik nie może tak łatwo przejść do porządku dziennego. W dociekaniach autorki Dziewczyny z zapałkami często pojawia się pytanie o istotę i pochodzenie zła. Polemizuje poniekąd Janko z koncepcją Hanny Arendt dotyczącej jego banalności. Zło tkwi w centrum tej opowieści, z której płynie gorzka refleksja, iż nie jesteśmy w stanie pojąć jego istoty, a zatem udzielić choćby częściowo zadowalającej odpowiedzi na od wieków stawiane pytanie „unde malum”. Czytając Małą Zagładę odbiorca powątpiewa w moralny ład świata. Złudną również wydaje się koncepcja odpowiedzialności, czego kapitalnie dowodzi Stefan Chwin w swoim Dzienniku dla dorosłych. Słusznie może zatem czytelnik zadać pytanie, czy takowy ład etyczny w ogóle istnieje, i czy istnieje cos takiego jak odpowiedzialność za zło. Bo we wszystkich wojnach, jakie przetaczają się przez świat każdy zabija w imię dobra. Porusza ta książka również problem niejednoznaczności procesu dziejowego, czasem wręcz tragicznej groteski, w jaką zmienia się historia, usiłuje odpowiedzieć na wielokrotnie zadawane po Holokauście pytanie, dlaczego człowiek staje się biernym współtwórcą zła, drąży palący dla wielu problem współwiny za bestialstwo, które miało miejsce w pierwszej połowie lat czterdziestych ubiegłego wieku.

Oddając głos ofiarom, pisarka usiłuje podkreślić odcienie szarości, jakimi pomalowana jest przeszłość, stara się nie zapominać, iż byli „dobrzy” i „źli” Niemcy, Ukraińcy, Rosjanie. Sugeruje, iż należy pamiętać z jakiej perspektywy się o nich mówi, bowiem wojna zawsze niesie potężne ciśnienie zła, które miażdży wielu. Nic nie jest do końca jednoznaczne, bo historia oprócz wielkich rozstrzygających bitew składa się także z indywidualnych decyzji, jednostkowych dylematów, refleksji, które mogą prowadzić i często wiodą do cichego bohaterstwa lub moralnej klęski.

                                                                                                                    Jacek Lech

[i] Cytat pochodzi z wywiadu z Tadeuszem Konwickim zamieszczonym w „Książkach” nr 1 2015.

Aleksandra Zielińska – Przypadek Alicji

zielinska_przypadek

 

Alicja w krainie z koszmaru

Debiut powieściowy pisarki z Sandomierza jest mocno niepokojący. Umieszcza ona bowiem swoją bohaterkę w świecie złowieszczym, wrogim, nieludzkim. Co prawda, literatura zna podobne eksperymenty, lecz ten jawi się nad wyraz przerażająco, tym bardziej, że ta prozatorska próba jest autorstwa młodej kobiety. Taki właśnie ponury i makabryczny Kraków wyłania się z tej jakże modelowej powieści o traumie spowodowanej szybkim, wymuszonym dojrzewaniem. Ciemne ulice, śmierdzące bramy, tętniące życiem nocne kluby, w których studenci na umór zapijają niepowodzenia w sesji, wyznaczają punkty orientacyjne w krakowskiej przestrzeni opresji, która widziana oczami Alicji pogrążającej się w swoich coraz mniej realnych fantazmatach, poddającej się degrengoladzie, usiłuje człowieka uwieść i pożreć, przetrawić i wypluć. To Kraków podobny z lekka do stolicy z najnowszej powieści Żulczyka. Miasto, które jawi się jako groźne, które zniewala przybyszy z zewnątrz. Bo i Alicja rodowitą krakowianką nie jest.  Topografia Krakowa w tekście Zielińskiej jest dość mocno zarysowana. Nazwy ulic, dzielnic, osiedli urealniają tę historię z pogranicza koszmaru i groteski. Gdyby nie dookreślenie przestrzeni, ta smętna historia mogłaby wydarzyć się gdziekolwiek i kiedykolwiek. Czytelnik podczas lektury odnosi momentami wrażenie, iż nie do końca realni (w swoich przeżyciach) bohaterowie wkomponowani zostali w tak realistyczną przestrzeń. Nic to co prawda nowego w literaturze, ale ta gorzka historia ze względu na swoją formę posiada pewną dozę oryginalności.

Wyrażające nieskrywany relatywizm słowa Łukasza Orbitowskiego, że realne w świecie jest tylko to, co nam służy stanowią motto i kod deszyfrujący warstwę znaczeniową Przypadku Alicji. Tytułowa bohaterka jest przeciętną studentką farmacji, mającą wyraźne, choć nie zdiagnozowane przez psychologa problemy ze swoim wnętrzem, zaburzenia osobowości, które nasilają się wraz z rozwijającą się opowieścią. Pewnego styczniowego wieczoru wraz z koleżankami z roku trafia na imprezę do osławionego krakowskiego Kitschu. Pijana i upalona marihuaną uprawia seks z nieznajomym w obleśnym, śmierdzącym kiblu. Z nikłą świadomością tego, co wokół niej się działo, brudna, obolała, budzi się rano na Podgórzu. Wieść, że tamtej nocy została zapłodniona, tę dziewczynę niegotową na macierzyństwo dosłownie paraliżuje. Odtąd czyni wszystko, by pozbyć się niechcianej ciąży oraz uwolnić się od pasożyta i obcego, jak nazywa rozwijający się w jej macicy płód. Książka Zielińskiej poraża. Pisarka konfrontuje bowiem swoją bohaterkę z przyspieszonym procesem wchodzenia w dorosłość, która niestety ów egzamin oblewa. Zamiast słuchać głosu rozsądku, Alicja podąża za rannymi, zakrwawionymi szczurami, wszędzie widząc próbujące ją atakować wściekłe koty, zalane krwią truchła, coraz bardziej pogrążając się w koszmarnych iluzjach wytwarzanych przez umysł. Psychodela na całego.

Bohaterka oddala się od rzeczywistości, będąc, jak niczego, pewną swoich urojeń i koszmarnych fantazmatów. Widzi to, czego inni z wiadomych względów nie dostrzegają. Narracja została przez pisarkę tak poprowadzona, że czytelnik miejscami traci orientację w tym, co rzeczywiste, a tym, co jest wytworem urojeń bohaterki. Granice pomiędzy jedną a drugą sferą są nikłe, kontury się rozmywają, tracą ostrość. Za to opowieść nie traci spójności. Inteligentna gra z Alicją w Krainie Czarów Lewisa Carrolla podkreśla tylko intertekstualny (choć chyba bardziej aluzyjny niż intertekstualny) wymiar powieści Zielińskiej, stając się kolejnym, mocno psychologicznym (czy psychodelicznym) wariantem mrocznej baśni angielskiego pisarza w wydaniu postmodernistycznym. W świecie przedstawionym Przypadku Alicji niewiele jest realne. Granica pomiędzy rzeczywistym a wyimaginowanym jest stale przez autorkę przekraczana. Im głębiej wchodzimy  w świat(y) Alicji, tym bardziej oddalamy się od rzeczywistości obiektywnej, zanurzając się w myślach, fantazjach, fiksacjach i lękach bohaterki, mając przed oczami wyobraźni obrazy niczym z teledysku Marilyna Mansona. Narracja debiutującej pisarki jest także gorzką opowieścią o człowieku, który traci panowanie nad własnym życiem,  uciekając w świat wykreowany przez wyobraźnię, jest historią o tym, że iluzja może stać się formą regresu, obrony przed przykrą koniecznością, tymczasową formą ocalenia przed tym, co i tak nieuchronnie nastąpi. Zielińska wprowadza oszołomionego i zarazem przerażonego czytelnika w świat, którego ramy wyznaczają mocno niestabilne stany emocjonalne, rozchwianie psychiki stanowiące poważne zagrożenie dla życia.

Przypadek Alicji to dobry tekst. To po pierwsze przemyślana pod wieloma względami literatura próby, proza eksperymentalna eksponująca napięcie między wyobrażonym, onirycznym a rzeczywistym, po wtóre utwór literacki pełnymi garściami czerpiący z estetyki pulpu, twórczo przetwarzający wpisany w kulturę masową kicz, przywołujący różnego typu motywy z pop-kultury, przede wszystkim z filmów i z muzyki. Ta powieść ma w sobie także coś z gorzkiej prozy inicjacyjnej. Połączenie przez pisarkę powieści obyczajowej z elementami surrealizmu, dopełnione wprowadzeniem do tekstu warstwy onirycznej przyniosło zaskakująco dobry efekt. Powstał tekst niejednoznaczny, pozbawiony schematyczności, okraszony wisielczo humorystycznymi zwrotami, napisany błyskotliwie, wyrażający niezwykle dojrzały ogląd rzeczywistości. Z zainteresowaniem będę zatem śledził literackie poczynania tej młodej, jeszcze twórczo nieukształtowanej pisarki. Zapowiada się niezwykle obiecująco.

                                                                                                                     Jacek Lech

Jacek Dehnel – Matka Makryna

dehnel_matka

 

Święta szarlatanka

Po kapitalnym, portretującym Francisco Goyę Saturnie (2011) urodzony w Gdańsku pisarz w swojej najnowszej fabularnej propozycji przypomina trochę już zepchniętą w niepamięć postać Makryny Mieczysławskiej, unieśmiertelnionej za sprawą poematu Juliusza Słowackiego i dramatu Wyspiańskiego Legion, mniszki, która jak się okazało, w świetle późniejszych i dogłębnych badań Jana Urbana (studium wydane w 1923 roku w Krakowie) nie była nikim innym, jak przebiegłą i niezwykle wiarygodną oszustką, wodzącą za nos całą Wielką Emigrację oraz papieża Grzegorza XVI, który również w skrzętnie opracowaną mistyfikację Makryny uwierzył. Posiadała ona tak niezwykły dar opowiadania, że Mickiewicz wiedziony jej sugestią wyparł się Towiańskiego, widząc w niej jednocześnie alegorię zniewolonej Polski, a poprzez przekaz tak potrzebny i wielce wyczekiwany przez naszych przebywających na emigracji romantyków, oddziaływała zarówno na ich twórczą, jak i ideową wyobraźnię. Narracja rzekomej dręczonej przez prawosławnych Rosjan greckokatolickiej mniszki – jak kapitalnie tę kwestię podejmuje Dehnel – stała się płaszczyzną, po pierwsze do tworzenia romantycznego mitu, a po wtóre przyczyną do wygenerowania jednego z najbardziej żywotnych w XIX wieku fantazmatów.

Świat dowiedział się o Makrynie, jak pisze Dehnel, w roku 1845, kiedy pieszo, z Litwy dotarła do Poznania kobieta podająca się za przełożoną greckokatolickiego żeńskiego klasztoru bazylianek. Opowiedziała tam wstrząsającą historię siedmioletniego torturowania sióstr przez Rosjan, ponieważ odmówiły przejścia na prawosławie. Za karę skuto je kajdanami i zapędzono do klasztoru prawosławnego, zamieniając w robotnice i służące. Makryna szczegółowo nakreśla rodzaje opresji i tortur, jakim je poddawano. Były głodzone, bite rózgami, katowane na wszelkie możliwe sposoby, czernice (prawosławne mniszki) biły je kijami, natomiast biskupi, którzy wcześniej dokonali konwersji z wyznania unickiego na prawosławie, pięściami łamali im nosy i wybijali zęby. Czyni także Makryna aluzję do gwałtów dokonywanych na siostrach przez carskich żandarmów. Przybywa do Paryża wówczas, kiedy towianistyczna gorączka osiągała swój szczyt, a nasi wieszczowie biją przed nią pokłony, czym (jak  później będzie wiadomo) się ośmieszyli. Historia relacjonowana przez Makrynę trafiła wówczas na podatny grunt, ponieważ mieściła w sobie wszelkie najgorsze wyobrażenia o Rosjanach jako zaciekłych wrogach polskości i katolicyzmu, co nie powinno bynajmniej dziwić w kontekście historyczno-politycznym po roku 1830. I tak znalazła się Makryna, najpierw w Paryżu, gdzie po powstaniu listopadowym przebywała cała polska polityczno-intelektualna elita, a potem w Rzymie przed obliczem samego papieża. Tam też dokonała żywota w sędziwym wieku jako przeorysza bazylianek.

Książka Dehnela nie jest trzymającą się faktów stricte historyczną narracją, to tekst literacki, powieść w kostiumie historycznym. Pisarz posłużył się jednak materiałem źródłowym, by napisać wciągającą historię, która pod sam koniec wydaje się nieco przegadana. Autor Żywotów równoległych oddaje głos bohaterce, prowadząc biegunowo dwie równoległe, pierwszoosobowe narracje. W pierwszej z nich czytelnik zapoznaje się z losem dręczonej przez zaborcę unickiej zakonnicy. Możemy ją traktować jako chwytającą za serce opowieść, przedstawianą po kolei, w Poznaniu, Paryżu i w Rzymie. Druga narracja to już głos mistyfikatorki i szarlatanki, która de facto postać Makryny stworzyła i się w nią wcieliła – głos relacjonujący chronologicznie proces konstruowania tożsamości Makryny. Swoją historię stawania się matką Makryną opowiada nikt inny, jak Irina Wińczowa, żyjąca w skrajnej nędzy owdowiała żona carskiego oficera-alkoholiku, bita przez niego z powodu swojej bezpłodności, a która zanim za niego wyszła i przyjęła prawosławie, zmieniła wyznanie z judaizmu na grekokatolicyzm. Przebywając po śmierci Wińcza w zakonie
w Mińsku jako świecka szafarka usłyszała kilka różnych opowieści, wątków i na zasadzie konfabulacji stworzyła zaskakująco skuteczną i atrakcyjną dla środowisk polonijnych we Francji historię.

Pisały o Makrynie francuskie, angielskie i belgijskie gazety, widząc w jej opowieści chwytliwą i nośną historię, konglomerat religii, narodowych fantazmatów, seksu, wschodniej egzotyki i brutalnej, barbarzyńskiej przemocy. Zresztą sama „mniszka” tak oto wyraża w powieści swoją strategię konfabulacyjną: Co innego państwo w pałacach, przed nimi czułam, że gadanina moja wszystko pomieści, że mogę tam, jak do pieroga, różnych farszów napchać. Zerkałam ważnie na tych, którzy mnie słuchali: komu się przy czym oko zapala, przy czym jęzor wystawiają i oblizują wargi, przy czym im na poliki rumieniec występuje. A co innego kardynałowie na dworze papieża. Przed nimi musiała być bardziej szczegółowa, trzymać się rzekomych faktów, które i tak nieraz zdarzało się przeinaczać. Dla kobiety ledwo piśmiennej przedsięwzięcie było to nie lada. Tak więc każdy słuchacz dostał narrację, jakiej oczekiwał, nie wyłączając z tej zbiorowości naszych romantycznych wieszczów.

Powieść Jacka Dehnela uwodzi stylizowanym na dziewiętnastowieczną polszczyznę językiem i frazą. To jej najmocniejsza strona. Jest on mistrzem subtelnej archaizacji i pastiszu. Jednak w zestawieniu z warstwą językowo-formalną sama historia wydaje się trochę wtórna i nieco blaknie. Powieść autora Balzakiany jest także dowodem na to, że romantyzm może być nadal tradycją żywotną i niewyczerpanym potencjałem inspiracji, co również zauważył prawie pół dekady temu inny młody pisarz, Ignacy Karpowicz. Czytać ją również można jako rozrachunek z romantyzmem, bowiem Dehnel kapitalnie przedstawia mechanizm wzajemnego zapętlania się interesów religijnych, ideologicznych (mam tutaj na myśli szeroko pojęte romantyczne ideologie stworzone przez Koło Sprawy Bożej Towiańskiego)  z politycznymi. I tak też ją odczytuję. Zresztą sam Dehnel powiedział w jednym z wywiadów, że Makryna Mieczysławska jest soczewką, przez którą widać cały XIX wiek z jego mitami narodowo-religijnymi, którymi się wówczas zbiorowo sycono.

Można szukać w niej także czytelnych odniesień do współczesności, bowiem drobiazgowo twórca Lali pokazuje, w jakich okolicznościach rodzi się religijno-patriotyczne zaczadzenie, jak łatwo można dokonać na tym polu manipulacji i hochsztaplerstwa oraz stać się człowiekiem cynicznym. Bo zarówno papież, jak i działacze emigracyjni czy duchowni z otoczenia Makryny zorientowali się, że zmyśla i kłamie jak najęta. Ale jej wymysły i fantazje (mające co prawda swoje korzenie w traumatycznych doświadczeniach, lecz innej natury i doznanych w innych okolicznościach) były pożyteczne i wszystkim na rękę. Pokazuje również ta powieść opresję na wielu poziomach, jest zapisem emancypacji, dążenia mniejszości, wyraża postać Makryny płynną tożsamość, ponieważ na poziomie powieści obcujemy z kilkoma wariantami jej „ja” (Żydówka Juta, Julka – służąca, Irina Wińczowa, w końcu Makryna Mieczysławska). To wszystko kiedyś może dać asumpt do odczytań Matki Makryny przez pryzmat nurtów wyrosłych na gruncie ponowoczesności. Póki co, pisanym przez pięć lat tekstem Dehnela zajmuje się krytyka literacka. Na koniec dodam, że w powieści Jacka Dehnela postać ta pojawia się w XXI-wiecznej odsłonie, a kostium historyczny tej narracji to jedynie maska.

Jacek Lech

J. Fiedorczuk – Nieważkość

fiedorczuk_niewazkosc

 

Odmrażanie przeszłości

Nieważkość jest trzecią próbą prozatorską literatki raczej kojarzonej przez czytelników
z poezją. To jedna z ciekawszych propozycji wydawniczych początku tego roku, jaką miałem okazję poddać lekturze. Może na początek ponarzekam, by potem wypunktować mocne strony tej książki. Historia, którą autorka Białej Ofelii opisuje w swej najnowszej powieści trąci z lekka brakiem oryginalności, bowiem podobne narracje w najnowszej prozie polskiej już się zdarzały, jednak sposób, w jaki opisuje ona splot zdarzeń odciskający trwałe piętno na życiu trzech kobiet naprawdę imponuje. Jak słusznie sugeruje Olga Tokarczuk – to książka poruszająca i w sposób niezwykle czuły skupiona na bohaterach. Dodałbym, że warstwa językowo-stylistyczna sugeruje poetyckie inklinacje Julii Fiedorczuk. Poważny tekst dominujący w tej prozie przeplata się czasem z delikatnie zarysowanym humorem i poetyckością opisu. Ma pisarka szacunek dla czytelnika wyczulonego na piękno i maestrię języka, a świetny warsztat tylko w tym utwierdza. Podoba mi się w tej powieści także wielość zabiegów formalnych: rozbita narracja, umiejętne operowanie kategorią czasu, liczne partie reminiscencyjne.

Powieść Nieważkość opowiada historię trzech kobiet, które spędziły dzieciństwo i wczesną młodość w małym podwarszawskim miasteczku szarych lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Prolog zaś cofa nas do roku 1971. Jedno traumatyczne zdarzenie – znikniecie i tragiczna śmierć kolegi – stały się katalizatorem do zachwiania zdawać by się mogło trwałej przyjaźni i przerwania w miarę spokojnego dzieciństwa. Swoją narrację Fiedorczuk rozpoczyna od opisu jednego dnia każdej z nich współcześnie, Anno Domini 2013. Zuzanna przygotowuje się do zagranicznej podróży służbowej. Helena zmierza do pracy w ośrodku konferencyjnym, natomiast bezdomna i niepełnosprawna pod względem intelektualnym (nie żadna mistyczka – jak błędnie sugeruje informacja umieszczona na okładce) Ewa snuje się po ulicach poszukując miejsca do spania i znieczulającego alkoholu. Potem autorka zanurza czytelnika w przeszłości, by poznać przyczynę nieważkości każdej z kobiet, które przez życie zdają się dryfować, tracąc nad nim kontrolę. Rwie narrację, bezustannie i uporczywie do przeszłości nawracając. Fiedorczuk akcentuje w swej powieści wpływ dzieciństwa na przyszłe losy bohaterek. Tu interpretacja psychoanalityczna miałaby stuprocentowe powodzenie. To w tym obdartym przez pisarkę z wszelkich mitologii okresie rozpoczyna się preludium do przyszłego cierpienia i tytułowej nieważkości. W nim wytwarzają się czynniki, które w dorosłym życiu staną się swoistymi determinantami kształtującymi egzystencję.  I była w tym nadzieja – powiada pisarka – ale była też i groza. Można czytać tę powieść także w kontekście naturalistycznego determinizmu społecznego, bowiem każda z kobiet powtarza los swej matki, pozostaje w obrębie swojej klasy, nie będąc zdolną  do wyrywania się z zaklętego kręgu losu.

Sylwia Chutnik na łamach „Gazety Wyborczej” zasugerowała, że w tej powieści ważne są szczegóły, smaczki. Na przykład wymienione rodzaje kurzu. Jak w antropologii drobiazgów życia: złapanie na pozór nieistotnego szczegółu i przyjrzenie mu się pod światło. Tak, skupienie się na pozornie nieznaczącym detalu czy codziennie powtarzanym rytuale Fiedorczuk wychodzi doskonale. W powieści nagromadzone zostało mnóstwo opisów takich zdarzeń, z których w istocie składa się ludzka egzystencja. To ważny aspekt współczesnej prozy – ogląd życia przez pryzmat pozornie  nieznaczącej codzienności.

Istnieje jeszcze jeden wyróżnik tej powieści, o którym nie można zapomnieć. Mam na myśli jej wymiar społeczno-psychologiczny. Autorka poruszając problem przemocy seksualnej wobec dziecka ze strony dorosłych, uświadamia, że doświadcza ono niezrozumiałej traumy niemożliwej do przepracowania, która to odzywa się dopiero wówczas, kiedy molestowana seksualnie dziewczynka staje się kobietą rozumiejącą swoje ciało i próbującą układać sobie relacje płciowe z mężczyzną. To problem perwersyjnej seksualnej relacji Zuzy z jej nauczycielem rysunku, ale też i Ewy zgwałconej przez pijanego, nocnego gościa jej matki.

Podsumowując, nie ma nad czym nadto marudzić, bo rzecz to napisana naprawdę dobrze. Powieść poruszająco drąży destrukcyjną głębię minionego, które nieraz potrafi może nie tyle zniszczyć, co zahibernować człowieka w jego własnych nieprzepracowanych lękach. Aby się wyrwać spod ich władzy trzeba tę bolesną przeszłość powoli odmrażać i stawiać jej czoła.

                                                                                                               Jacek Lech

Leszek Kołakowski – Jezus ośmieszony

kolakowski_jezus

 

Myślę o Jezusie prawdziwym[1]

Ten opublikowany jesienią ubiegłego roku przez krakowski Znak esej autora Herezji wprawił w konsternację wszystkich znawców spuścizny intelektualnej wybitnego filozofa. Napisany jeszcze w latach osiemdziesiątych, na dodatek w języku francuskim, a znaleziony przez rodzinę, w wersji fragmentarycznej, nieskończonej został przez edytorów szczegółowo dopracowany do postaci nadającej się do upublicznienia i oddania czytelnikom. W kilku miejscach tekst nosi znamiona autorskiego niedopracowania (rzecz oczywista w przypadku tekstów rozpoczętych, zalążkowych i porzuconych), a na jego poziomie pojawiają się edytorskie wtrącenia oznajmujące nieczytelność niektórych fragmentów wywodu. Podstawą edycji był jego rękopis.

Kołakowski w swym eseju odnosi się po raz kolejny do swoich zainteresowań z pogranicza filozofii i teologii, twierdząc, że cywilizacja Zachodu nie przetrwa, jeśli zapomni Jezusa Chrystusa, że budując nowy świat legnie w gruzach negując odniesienia do Chrystusowego przesłania. Sama postać proroka z Nazaretu filozofa pasjonowała od czasu, kiedy był jeszcze zadeklarowanym marksistą. Na łamach ateistycznego tygodnika „Argumenty” w roku 1965 pisał, że wszelkie próby usunięcia Chrystusa z naszej kultury są jałowe i śmieszne, a więc i skazane na niepowodzenie. W tekście napisanym po dwóch dekadach powiada filozof tak: My wiemy, że On ma rację. Przy czym należy się w tym miejscu kilka dopowiedzeń, bo rozważania autora Obecności mitu zawierają parę pęknięć. Zaimek „my” bynajmniej nie odnosi się do wspólnoty wierzących chrześcijan, bowiem ich o prawdziwości nauki Jezusa przekonywać nie trzeba. Chodzi Kołakowskiemu raczej o wspólnotę tych niewierzących – i też nie w celu ich płytkiego nawracania. Ów tekst takiego celu sobie nie stawia. Filozof ma na myśli ludzi pozostających na obrzeżach chrześcijaństwa, włączając do tejże agnostyczno-ateistycznej wspólnoty także siebie. Krytykuje on również w wielu miejscach instytucjonalny kościół katolicki, mówiąc, że jeżeli brak w nim Jezusa, to przestał on spełniać swoją zasadniczą funkcję. Jest więc zbędny. Dokonując apoteozy nauki Galilejczyka, Kołakowski przemawia zatem z zewnątrz. Nic to nowego, bowiem znamy doskonale jego stosunek do sacrum i filozoficzne zainteresowania, które, lapidarnie rzecz ujmując, w latach sześćdziesiątych bynajmniej z żarliwym chrześcijaństwem nie korespondowały.

Kołakowski w podtytule Esej apologetyczny i sceptyczny podkreśla swoje obiektywne i wyważone stanowisko. Filozof pisząc dość enigmatycznie o wierze w obrębie kultury, rozważa przede wszystkim sens nauki o Królestwie Bożym, które – jak mówi – warunkuje człowieczeństwo i pamięć o nim winna znajdować się w  optyce zainteresowań człowieka. Powiada także, iż nauka Nazarejczyka nie jest ani spekulacją czysto teoretyczną, ani narracją o wyimaginowanym ideale, którego nie sposób żadną miarą osiągnąć.

I tutaj należy się kilka słów komentarza do apoteozy chrześcijaństwa, że tak powiem, w stanie czystym, pierwotnym, nieskażonym przez instytucjonalność nadaną mu przez kształtujący się początkowych wiekach średnich kościół w tym właśnie wymiarze. Nie przemawia Kołakowski z „wnętrza wiary”, co już zaznaczyłem i posługuje się niezbyt czytelną, ogólną kategorią wiary w kulturze. I tu dochodzimy do sedna dla mnie arcyinteresujących rozważań autora Jésus redicule. Kołakowski nie rozstrzyga ani o boskości Jezusa, ani o kwestii istnienia bądź nieistnienia Boga. Analogicznie do postawy agnostycznej, zawiesza na ten temat wszelkie sądy nie mające racjonalistycznego ukonstytuowania. Zachowuje swoją zdystansowaną do religii postawę. Odkłada na bok skomplikowania natury teologicznej, mówiąc jedynie, że chrześcijaństwo stało się mitem założycielskim Europy, przy czym mit w tym kontekście winno się rozumieć jako sposób ujęcia ludzkiej kondycji, a nie jako fikcjonalną narrację na temat czegoś. Powiada także Kołakowski, iż chrześcijaństwo w swej istocie jest mitem potrzebnym, bowiem, wszelkie postreligijne utopie wyrażają jedynie chaos i potęgują rozdarcie ponowoczesnego podmiotu. Filozof nie używa tego sformułowania, lecz sens jego wywodu daje się do tej właśnie tezy sprowadzić. Piszę tutaj znacznie rzecz upraszczając i skracając, by wydobyć czytelne wnioski płynące z jego wykładu.

Pomimo że tekst Kołakowskiego wyraża wiele pęknięć i niespójności, że twardo nie argumentuje on stawianych tez, jest to esej potrzebny i wartościowy. Autor spośród wielu możliwych i istniejących w kulturze portretów Galilejczyka wybiera jeden. Na pytanie o boskość Jezusa odpowiada: (…) jeżeli jakiś Boży człowiek żył kiedykolwiek na tej ziemi, to był nim On. Każe również – a może przede wszystkim – zmarły w 2009 roku profesor na nowo przemyśleć Chrystusową naukę i sięgnąć do jej korzeni, zastanowić się, czego nas nauczył, bo przecież żadna ponowoczesna filozofia nie jest w stanie wyjaśnić – posługując się kategorią Zygmunta Baumana – płynnego charakteru rzeczywistości, nadkruszonego sensu, poskładać jej i jego fragmentów w spójną całość, uleczyć podmiot w kryzysie, o którym piszą poststrukturaliści. Czy nauka Jezusa ma tę moc? Wątpię, ale gorąco zachęcam do lektury.

Jacek Lech

[1] Cytat z książki Kołakowskiego, s. 9.  L. Kołakowski, Jezus ośmieszony. Esej apologetyczny i sceptyczny, Kraków 2014.

Szczepan Twardoch – Drach

twardoch_drag

 

Przeciw mitografii, wbrew historii

Rzadko zdarzają się powieści pozostawiające czytelnika bezradnym wobec egzystencjalnej grozy, jaka się z nich wyłania. Taką bez wątpienia jest Drach Szczepana Twardocha. To narracja kompletnie inna od Morfiny wypełnionej skrajnymi odczuciami bohaterów uwikłanych w historię i w polskość, dodajmy, opresyjną, narzuconą polskość. Zresztą każda książka tego pisarza jest inna. Ciężko też wpisać najnowszy tekst autora Wiecznego Grunwaldu w jakikolwiek nurt prozy nawiązującej tradycyjną komunikację pomiędzy pisarzem a odbiorcą. Fragmentaryczna, nielinearna narracja obejmująca jednoczesność powieściowych zdarzeń rozgrywających się na przestrzeni trzystu lat, a w retrospekcji sięgająca do pierwszej połowy XV wieku, sprawia, że Drach jest powieścią totalną. Liczne wątki, dygresje, szarpana fabuła wkomponowane zostały w rozdziały płynnie przechodzące pomiędzy stuleciami i dekadami. Wydarzenia umiejscowione w świece przedstawionym dzieją się zatem naraz. Tak więc narrator raz opisuje losy Jozefa Magnora na frontach I wojny światowej, dogorywanie żołnierzy we flandryjskim błocie, by za chwilę zrelacjonować fragment z życia jego potomka, bogatego architekta o nazwisku Nikodem Gemander w roku 2014. To znów snuje refleksje o międzywojennym Śląsku targanym tożsamościowymi konfliktami, by po chwili przerazić czytelnika traumatycznym w swej istocie doświadczeniem Ernsta – syna Jozefa – w ostatnich dniach II wojny światowej. Drach widzi i wie wszystko. Jeden dzień, godzina, rok czy stulecie – nie ma dla narratora różnicy. Czas w jego opowieści jest kategorią umowną. W jego mniemaniu nic nie ma znaczenia, wszystko jest jednym …

Forma ostatniej książki pilchowickiego pisarza imponuje. To kawał solidnego, literackiego rzemiosła. Powieść Twardocha zaczyna się – jak autor powiedział – tam, gdzie kończy się Morfina, a o jej powstaniu zadecydowała jakaś nieokreślona kompulsywność. Jak zwierzył się Justynie Sobolewskiej w wywiadzie dla „Polityki”, po prostu musiał taką książkę napisać.  Przeciwstawia Morfinie jednak chłodną, zdystansowaną narrację snutą przez bestię-smoka (po niemiecku drache), a więc narrator jest uwikłanym historycznie i kulturowo symbolem śląskiej ziemi, po której stąpają bohaterowie, o których mówi. Stopy Jozefa w moim ciele. Gela. Ojciec Geli. Ernst. Stanisław. Nikodem. Sarny. Drzewa. Wszystko w moim ciele. Jednocześnie. Śląsk jako bestia, intrygująca metafora. Redukowanie Dracha jedynie do powieści o Śląsku byłoby zbytnim uproszczeniem. To książka o  ludzkim losie i wpisanej weń totalności istnienia. O tym, co w człowieku pierwotne, instynktowne. Nieprzypadkowo pisarz dekonstruuje to, co stanowi o człowieczeństwie. Rozmontowuje wszelakie afirmujące je definicje. W ten sposób zmusza nas do dyskusji, bo przecież wszystko, co czynią ludzie, to ich czyny. Te słowa pisarza stanowią w jakimś sensie klucz do tej przewrotnej powieści. Spotkamy się w niej często z nijak nieumotywowanym, niewysłowionym bestialstwem tkwiącym gdzieś głęboko w naturze człowieka (przykładowo: wątek Jozefa i jego młodej kochanki Caroline, niczym wyjęty z kroniki kryminalnej).

Jak już wspomniałem, w książce sąsiadują sekwencje zdarzeń z różnych czasów i miejsc. Ów narracyjny chaos jest jednak pozorny. Powieść bowiem układa się w spójną całość, w historię związku Ślązaków z ich ziemią. Trudnym zadaniem odbiorcy jest – mówiąc językiem Ingardena – skonkretyzować tę fragmentaryczną opowieść, dopełnić jej puste miejsca tak, by ją zrozumieć. W tym przypadku to sztuka wcale niełatwa. Lektura stawia opór. I dobrze, gdyż jest poznawczym wyzwaniem. Twardoch nie redukuje materii historyczno-psychologicznej, jednak jak zaznaczyłem w tytule, jest to książka napisana wbrew mitografii i przeciw historii.  Zasadniczą cechą Dracha jest brak pisarskich motywacji w tworzeniu jakiejkolwiek mitologii założycielskiej Śląska. Opisując trzy stulecia z życia mieszkańców tamtych ziem, wskazuje na wiodący problem swojej twórczości – niejednoznaczność i skomplikowania tożsamościowe postaci literackich. Takowe miał i Konstanty Willemann z Morfiny, i Paszko z Wiecznego Grunwaldu. Dla Ślązaków z Dracha narodowość jest kwestią wyboru. Adalbert Czoik zdeklarował polskość, dla jego córki decyzja ta nie będzie już tak oczywista. Inni bohaterowie najnowszej powieści Twardocha uciekają od jednoznacznego określenia swojej narodowej przynależności. Polsko-niemiecko-śląski tygiel odzwierciedlony został w warstwie leksykalnej powieści napisanej w tych właśnie językach. Do fragmentów w języku niemieckim i w śląskim dialekcie pisarz nie umieścił przypisów. Ma ten językowy kolaż wyrażać głębokie poczucie obcości oraz podkreślać zróżnicowanie kulturowe tej ziemi.

Opowieść snuta przez dracha jest okrutna i nie dająca nadziei. Bohaterowie ogołoceni zostali z własnego życia i historii, uwięzieni w totalności wspólnego losu, pozbawiającego jednostkę wyróżników świadczących o ich odrębności. To jest największą, pesymistyczną konstatacją płynącą z ostatniej narracji Szczepana Twardocha. Ogrom doświadczeń i traumatycznych doznań nie czynią bohaterów mądrzejszymi, większość z nich nie usiłuje dociekać sensu swego istnienia, zdają się biernie czekać na to, co przyniesie życie. Takie są nie tylko kobiece bohaterki Dracha (Valeska Bielówna, żona Jozefa czy Caroline Ebersbach, jego kochanka; w pewnym sensie także i jej matka) tak odmienne pod względem autoafirmacyjnej samoświadomości od twardych heroin Morfiny. Fikcja Twardocha skierowana jest zatem przeciw historii z oczywistego powodu. Tragiczna historia Śląska nie potrafi nadać sensu egzystencji jego mieszkańcom, uświadomić im kim są, zbudować im twardej tożsamości.

Słusznie zatem widnieje na okładce powieści, że jest to wymykająca się regułom saga z ziemi przeklętej. Powiedziałbym, iż to nawet pewnego rodzaju antysaga. Jedną z nadrzędnych reguł gatunkowych sagi jest ciągłość czasu. U Twardocha brak takiego temporalnego continuum. Wszystko dzieje się w jednym czasie, ale w różnych miejscach. Jak zapowiada wydawca, w istocie to powieść – krwawa, miłosna, pierwotna, totalna. Gorąco polecam czytelnikom mierzącym się w literaturze z zagadnieniami skłaniającymi do namysłu i pogłębionej refleksji.

Jacek Lech

Tadeusz Słobodzianek – Nasza klasa

slobodzianek_nasza

 

Opowieść snuta przez zmarłych

Nasza klasa jest ujętą w konwencję dramatu opowieścią o skomplikowanych losach Polaków i Żydów na przestrzeni prawie osiemdziesięciu lat. Powiedziałbym, iż to jeden z takich tekstów w polskiej literaturze najnowszej, który dogłębnie wstrząsa odbiorcą, stając się jednocześnie przedmiotem gorącej dyskusji. Czasem aż nadmiernie emocjonalnej. Pełny tytuł tej wyróżnionej w 2010 roku Literacką Nagrodą Nike sztuki brzmi: Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach. I zaiste o nią w utworze scenicznym Słobodzianka przede wszystkim chodzi. Nasza klasa niektórym czytelnikom słusznie może się kojarzyć z Umarłą klasą Tadeusza Kantora. Słobodzianek nawiązuje bowiem do tego słynnego przedstawienia twórcy Teatru Śmierci. O ile pojawiające się w Umarłej klasie upiory ofiar Holokaustu funkcjonują jako symbol utraty, o tyle w przestrzeni dramatycznej tekstu Słobodzianka są to widma zmarłych, których Polacy najchętniej ze swego społecznego imaginarium by się pozbyli. Bo przypominają im o tym, co zepchnięte zostało do zbiorowej podświadomości, z czego uczyniono temat tabu, czego winno się wstydzić. Można się spotkać z różnymi opiniami na temat tego wybitnego skądinąd dramatu. Ostatnio pojawiły się nawet stwierdzenia, że ma antypolską wymowę. Temat zbrodni w Jedwabnem (bo wokół tych wydarzeń osnute zostały zdarzenia w dramacie) na długo jeszcze pozostanie w opinii publicznej tematem na indeksie, a jakakolwiek dojrzała próba rozliczenia tego zbiorowego mordu, którego dopuścili się Polacy na swoich sąsiadach będzie poruszać i drażnić tak zwane środowiska „patriotyczne”. Nieważne czy będzie to rozrachunek w literaturze, teatrze, filmie, bądź w historiografii.

Przeżycia opowiadane przez zmarłych Naszej klasy rozpoczynają się pod koniec lat dwudziestych, kiedy w zbiorczej szkole uczą się dzieci polskie i żydowskie. Współegzystują z sobą, wchodzą w różnorakie interakcje. Wszystko zaczyna się gmatwać, kiedy umiera Piłsudski. W miasteczku nasilają się skrywane dotychczas antysemickie uprzedzenia. II wojna światowa przynosi całe spektrum różnorakich postaw oraz ideologicznych uwikłań wśród Osób dramatu. Przede wszystkim, w tym czasie giną nagle wszyscy mieszkańcy semickiego pochodzenia. Polacy organizują ruch oporu, a Żydzi początkowo z ulgą przyjmują sowiecką okupację. Słobodzianek nie powiela pseudohistorycznych opowieści i mitów o Polakach-patriotach, złych Niemcach, i żydokomunie. Polacy zarówno walczą w podziemiu, jak kolaborują z hitlerowcami i NKWD. Z równą bezwzględnością likwidują żołnierzy okupanta i gwałcą żydowskie kobiety. Żydzi padają ofiarą, ale zdarzają się wśród nich jednostki, którymi wysługują się komuniści w procesie likwidacji akowskiego podziemia. W mordach, torturach i gwałtach dokonywanych na Żydach biorą udział ich polscy koledzy z klasy, którzy kilkanaście lat wcześniej wspólnie śpiewali piosenki. Autor Trylogii wierszalińskiej ucieka od ideologizacji i powielania historycznych klisz. Pokazuje przewrotność historii, relatywizuje postawy. Unicestwia łatwą do przyjęcia jednoznaczność ocen. Tworzy tekst przejmująco prawdziwy, przerażający, brutalny i smutny zarazem. Jedynym bohaterem, który z odległej Ameryki (wyemigrował wraz z rodziną przed okupacją) pielęgnuje daleki  od rzeczywistości obraz swych dawnych przyjaciół jest Abram. Jego listy będące nieświadomym ogromu bestialstwa głosem, w jakie zostali uwikłani jego przyjaciele z dzieciństwa, zarówno Polacy, jak i Żydzi, zderzają się z brutalnością ideologicznych wmanewrowań i przede wszystkim z tym tragicznym epizodem mordu w stodole, który naznaczył do końca życia wszystkich jego uczestników i sprawców. Słobodzianek z naturalistyczną dokładnością obrazuje pogrom Żydów dokonany rękami prymitywnych wieśniaków podburzonych wcześniej przez miejscową partyzantkę. Poprzez dialogi przywołuje obraz przebiegu podpalenia stodoły i późniejszego grzebania trupów. Nie ma krzty antypolskości w tym tekście, podobnie jak nie ma jej w Malowanym ptaku Kosińskiego.

Warto przy okazji refleksji nad tym dramatem zwrócić uwagę na zaimek „nasza”. Odwołuje się on do tego, co określa wspólną tożsamość. Tworzy swoistą opozycję my-oni, przyjaciel-wróg. Coś może być nasze, czyli oswojone, bądź nie nasze, zatem wrogie. Słobodzianek podważa to zdawać by się mogło proste rozróżnienie. W dramacie Nasza klasa  ludzie, którzy żyli w jednej społeczności stali się sobie wrodzy, wkradła się w ich relacje obcość, wrogość i nienawiść. Dramaturg daleko odchodzi od antycznej koncepcji tragizmu. Anagnorismos Osób dramatu (szczególnie Menachema) ma niewiele wspólnego z pierwotnym sensem tej kategorii wypracowanej przez attycką tragedię. Słobodzianek pyta w Naszej klasie, czy możliwy jest tragizm po Holokauście i Gułagu. W przypadku zdarzeń opowiedzianych przez zmarłe Osoby dramatu zauważamy, że ich czyny bynajmniej nie były wynikiem nieświadomości.

To bardzo wymowny tekst o granicach odpowiedzialności, ale też o ludzkiej naturze postawionej w sytuacji granicznej. O winie i karze, o życiu z piętnem winy i o zbrodni, która została zafałszowana. Także o tym, że wcale nie jest tak, jak chcieliby ideolodzy różnych orientacji. To tekst o przeszłości, która boli, o historii splatającej losy Osób w opowieści, do której wciąż uporczywie powracają. Przekleństwo losu będące wynikiem mordu z 1941 oddziałuje na wszystkich bohaterów z wyjątkiem wspomnianego przeze mnie wyżej Abrama Piekarza (Bakera), który w tych krwawych zajściach nie uczestniczył. Taka swoista koncepcja fatalizmu dziejowego. Nasza klasa rozbija i dekonstruuje mity, stereotypy, wyobrażenia.

Sądzę, iż odpowiedni w odniesieniu do tematów poruszanych w dramacie będzie fragment wypowiedzi jego autora. W przeciwieństwie do Littella (chodzi o powieść Łaskawe jego autorstwa) nie wierzę w łaskawość erynii. I jeżeli myślę o sumieniu, które one mają reprezentować, to od razu pojawia się pytanie: O jakie sumienie chodzi? Chrześcijanina? Ortodoksyjnego Żyda? Marksisty? Gnostyka? Ateisty? W gruncie rzeczy z sumieniem jest jak z punktem widzenia: zależy od punktu siedzenia. I interesu, który chcemy ubić z Bogiem albo ze społeczeństwem. Co znaczy czyste sumienie? Ilu było morderców w XX w., którzy mieli czyste sumienie? Jakie sumienia mieli Stroop albo Błochin? Ile przelano krwi w imię czystego sumienia? Nie wierzę w czyste sumienie. Wierzę w ból, cierpienie, mozolne budowanie samowiedzy. W dramat, architekturę, medycynę. Nie w ideologie, które chcą dać nam broń do upokarzania i wykluczania innych.

Jacek Lech

M. V. Llosa – Dyskretny bohater

llosa_dyskretny

 

Wszystkie drogi prowadzą do Piury

Co prawda nie postawimy najnowszej powieści peruwiańskiego noblisty na równi z jego najwybitniejszymi literackimi osiągnięciami, nie jest to bowiem książka tej rangi, co wybitna Rozmowa w „Katedrze”, zaangażowane w dyskurs nad dyktaturą Święto kozła, debiutanckie, osnute wokół motywów autobiograficznych Miasto i psy, wielowątkowa, historyczna Wojna końca świata czy rozliczeniowe z piekłem kolonializmu Marzenie Celta, to jednak Dyskretny bohater jest powieścią wartą uważnej lektury i namysłu. Jest to narracja wpisująca się w lżejszy nurt twórczości Vargasa, ten obyczajowo-erotyczny, który prozaik uprawia od lat. Powieść z racji intrygi miłosno-kryminalnej bez wątpienia przypadnie do gustu czytelnikom Pochwały macochy, Zeszytów don Rigoberta, Szelmostw niegrzecznej dziewczynki, bądź Ciotki Julii i skryby. Llosa nie musi pokazywać, iż potrafi skonstruować intrygującą fabułę, którą czyta się z zapartym tchem do samego końca, bowiem jest on pisarzem tej klasy, który nie musi już niczego udowadniać.

W najnowszej powieści pisarz przedstawia historie biegnące dwutorowo; naznaczone kłopotami losy piurańskiego biznesmena o nazwisku Felícito Yanaqué, szantażowanego prawdopodobnie przez miejscową mafię w celu zapłacenia haraczu oraz sędziwego, limańskiego przedsiębiorcy, Ismaela Carery, pragnącego uskutecznić perfidną zemstę na swoich wyrodnych synach. Czyta się najnowszą fabułę Llosy kapitalnie, choć jak już zaznaczyłem na wstępie, nie jest to książka wybitna i skrojona na miarę szczytowych możliwości jednego z najwybitniejszych światowych prozaików. Nie chodzi o warstwę formalną (rzecz napisana po mistrzowsku), lecz o wymowę, w której brak implikacji charakterystycznych dla jego najważniejszych dzieł wpisanych już przecież w kanon literatury światowej. Pierwszy wątek interesującej nas powieści Vargasa dotyczy człowieka, który w swoim kodeksie etycznym najbardziej ceni wpojony mu przez ojca honor, który mając świadomość, że zdecydowana postawa wobec szantażystów może zrujnować jego ułożone życie (stabilna sytuacja majątkowa i związek z młodą kochanką), decyduje się jednak odmówić bandziorom zapłaty „za ochronę”. Do czego doprowadzi twardy opór dyrektora firmy transportowej wobec ludzi, którzy nie są w stanie cofnąć się przed niczym? Bohaterów drugiego wątku czytelnicy prozy Peruwiańczyka znają doskonale. Oprócz wspomnianego już biznesmena z Limy, pojawiają się: stary znajomy, don Rigoberto, jego piękna, zmysłowa i pełna nieokiełznanego temperamentu żona – dona Lukrecja oraz ich ciągle sprawiający kłopoty syn Fonsito – tym razem widzący w różnych miejscach tajemniczego mężczyznę. Czy chłopak przezywa duchowy przełom w życiu? Cierpi na zaburzenia psychiczne? A może najzwyczajniej, pogrywa z rodzicami, dla których jest oczkiem w głowie.

Przywołując już dawno wykreowanych przez siebie bohaterów, Llosa jest intertekstualny w obszarze własnej twórczości. Śledztwo w sprawie szantażu na panu Yanaqué prowadzą inne znane miłośnikom twórczości autora Raju tuż za rogiem postaci, sierżant Lituma i kapitan Silva, para inteligentnych, aczkolwiek niezbyt rozgarniętych i obytych z kulturą bohaterów kilku wcześniejszych powieści Mario Vargasa Llosy – Zielonego domu, Ciotki Julii i skryby, Kto zabił Palomina Molero oraz Litumy w Andach. Mało tego, pisarz czyni liczne aluzje do historii i wątków opowiedzianych w niezwykle nowatorskim pod względem formalnym Zielonym domu, a jest to powieść z roku 1966, w Polsce wydana po raz pierwszy w 1975. Tak więc tym, co wpływa na kształt Dyskretnego bohatera są liczne reminiscencje z przeszłości i powroty do Piury (miasto dla pisarza niezwykle ważne), która na przestrzeni lat ogromnie się zmieniała. Powroty we wspomnieniach. W niej krzyżują się losy bohaterów obu wątków budujących fabułę, w niej znajduje szczęśliwy finał dość mocno niepokojąca i trzymająca w napięciu intryga. Vargas wierny zasadom, których sam udziela stawiającemu pierwsze kroki autorowi, (Listy do młodego pisarza) poprzez styl opowiadania, tak organizuje realia świata przedstawionego, iż prowadzona przezeń narracja zaczyna żyć własnym życiem, a opowieść posiada charakterystyczny rytm. W ten sposób relacjonowane przez narratora historie wręcz narzucają się odbiorcy jako autonomiczne, fikcyjne rzeczywistości. Skutecznie więc autor Marzenia Celta operuje językiem, stwarzając wielce wiarygodne pozory życia, (pomimo wpisanej w tekst konwencjonalności narracji) oddając realizm opisywanych zdarzeń i diagnozując przy okazji sytuację współczesnego Peru z pozycji wiekowego już, niegdyś zaangażowanego w sytuację polityczno-społeczną twórcy.

Podobnie jak w Ciotce Julii i skrybie, gdzie noblista pokazuje na przykładzie radiowego słuchowiska mechanizm oddziaływania kultury masowej na społeczeństwo oraz sposób jej recepcji, w Dyskretnym bohaterze podejmuje grę z telenowelowatością literackiej fabuły, tworząc taką właśnie mocno typową opowieść. Mario Vargas prześmiewczo traktuje kulturę masową, walcząc z nią jej własnym orężem.  Jego bohaterowie wprost wyrażają opinie, iż ich historie wpisują się w filmowy schemat. Vargas „flirtuje” z popkulturą od dawna,  ale rzecz jasna, z wyraźnym dystansem, bo przecież każdemu świadomemu odbiorcy i twórcy kultury towarzyszy przeświadczenie, że od kultury popularnej nie sposób uciec, że jest ona szalenie ekspansywna, wszechobecna i spycha kulturę elitarną, wysoką na margines. Co więc z nią począć? A to, co czynią postmoderniści, twórczo, ale z dystansem grać z wypracowanymi przez nią konwencjami, wykorzystywać, przetwarzać, przekuwać w nową oryginalną jakość, nie tylko w literaturze. Vargas niejednokrotnie sięga po chwyty w rodzaju dramatycznych zakończeń rozdziałów, zawieszenia i zwrotów akcji. Literatura popularna niejednokrotnie szarżuje stereotypami. Tak jest i w tym przypadku. Pisarz świadomy tego faktu, odzwierciedla patriarchalny układ w południowoamerykańskich rodzinach, oparty na więzach krwi pomiędzy męskimi członkami rodów, z wyłączeniem matek. To temat wielu jego powieści. Losy dwóch niezłomnych starszych panów (być może oni obaj mają coś z tytułowego dyskretnego bohatera) też wydają się być dziwnie znajome. Llosa zatem dyskretnie „gra” z konwencjami, sięgając po chwyty i sztafaż z różnego typu powieści (kryminalna, obyczajowo-erotyczna) . W błędzie jest więc ten, kto sądzi, że noblista napisał powieść popularną.

Co warte jeszcze podkreślenia, w odróżnieniu od młodzieńczych utworów peruwiańskiego pisarza, teksty wpisujące się w jego późną twórczość charakteryzuje mniejsza zawartość materiału autobiograficznego. Pewne cechy autora może bez wątpienia nosić don Rigoberto, liberał, agnostyk, miłośnik kultury i sztuki, ceniący zmysłowe walory atrakcyjnej kobiecości (jak pisarz w czasach młodości; kto nie czytał, odsyłam do jego autobiografii zatytułowanej Jak ryba w wodzie. Wspomnienia, bądź do biografii pisarza, autorstwa Tomasza Pindla, która niedawno ukazała się w Polsce) oraz człowiek rozmiłowany w Starym Kontynencie.

Na koniec powiem, że z najnowszą powieścią Llosy jest analogicznie jak z wydaną przed rokiem powieścią innego wybitnego pisarza, ze Słodką przynętą Iana McEwana. Niby to proza charakterystyczna na tle dorobku twórcy, ale brak w niej głębi dotychczas stanowiącej o istocie tej twórczości. Nie jest zarzut, bo przecież żaden pisarz nie będzie oddawał swoim czytelnikom samych dzieł wybitnych czy utworów noszących znamiona arcydzieł. To zwyczajnie niemożliwe. Zobaczymy, czym zaskoczy nas Vargas w planowanej na połowę stycznia 2015 roku książce pod tytułem Cywilizacja spektaklu. Jak chyba każdy czytelnik prozy Peruwiańczyka, czekam na tę premierę z niecierpliwością. Jakiś wewnętrzny głos podpowiada mi, iż będzie to rzecz o wiele cięższa od Dyskretnego bohatera.

                                                                                                                    Jacek Lech

M. Crummey – Dostatek

crummey_dostatek

 

Tam, gdzie Márquez spotyka się z Faulknerem …

Doprawdy dziwi fakt, iż pisarz tej klasy, co Michael Crummey w Polsce jest tak mało znany. Owszem, Polacy nadrabiają w ostatnich latach zaległości w przyswajaniu wybitnej prozy światowej, ale i tak z czytaniem tego typu literatury nie jest najlepiej. Dotychczas ukazały się u nas dwie znakomite powieści Crummey’a – Dostatek (2013) i Pobojowisko (2014) – obydwie wydane przez niszowe gdańskie wydawnictwo Wiatr od Morza – specjalizujące się w publikacji wybitnej literaturze powszechnej. Czekamy na polskojęzyczną edycję wcześniejszej narracji Crummey, zatytułowanej w oryginale River Thieves (2001). W czasie uważnej lektury łatwo zauważyć, że nowofundlandzki pisarz czerpie z dwóch wielkich tradycji prozatorskich, sięgając w Dostatku po wyznaczniki charakterystyczne dla twórczości piewcy amerykańskiego Południa – Williama Faulknera oraz po realizm magiczny, zaczerpnięty od Garcii Márqueza,  Jorge’a Luisa Borgesa czy Carlosa Fuentesa. Nic w tym wtórnego ani pretensjonalnego. Rzekłbym raczej – nowatorskiego i wybitnego. Bo sztuką jest czerpać z osiągnięć najwybitniejszych prozaików, a jednocześnie stworzyć unikalny styl pisania i konstruowania literackiej rzeczywistości. Widać w Dostatku inspirację wielkimi literackimi noblistami, ale nie przesadzajmy, pisarz nie kopiuje ani z autora Azylu, ani z twórcy Rzeczy o mych smutnych dziwkach.

Dostatek jest powieściową sagą obejmującą swym zasięgiem czasy od XVIII do XX wieku, a więc prawie dwieście lat z życia dwóch nowofundlandzkich osad Paradise Deep i Trzewi. Opowiada rozpisane na sześć pokoleń losy mieszkańców wyspy. Crummey zabiera nas w miejsce tak nieprzystępne, że czytelnik może zadać pytanie, co skłoniło ludzi do tego, by osiedlić się w tak surowych, nieprzyjaznych egzystencji warunkach. Kanadyjski literat opisuje przestrzeń, w której ludzie niczym bohaterowie Hemingway’a toczą heroiczną, lecz często skazaną na porażkę walkę o przeżycie z żywiołem przyrody, z głodem, z trudami codzienności. Dostatek jest powieścią dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach, wielowarstwową, pełną dygresji, symboli i wątków. Świat przedstawiony powieści Crummey zaludnił pełnokrwistymi postaciami przedstawicieli dwóch rodów, na czele których odpowiednio stoją: Wdowa po Devinie oraz Królówka Sellers – nestorzy śmiertelnie z sobą skonfliktowani. Jaki finał znajdzie ów antagonizm? Tego nie zdradzę.

W ten realizm rodem z Faulknera czy Steinbecka pisarz kapitalnie wkomponował realizm innego rodzaju – magiczny – tak charakterystyczny dla literatury iberoamerykańskiej. Okazuje się, że nie tylko  Macondo Márqueza opisane w Stu latach samotności jest miejscem, gdzie dzieją się rzeczy niezwykłe i niewytłumaczalne, gdzie nić doczesnego żywota bohaterów połączona jest ze sferą niepoznawalnego, gdzie tajemniczy przybysz determinuje życie ludzi, gdzie duchy zmarłych błąkają się między światami. Już w początkowej scenie powieści, kiedy przymierający głodem mieszkańcy rozcinają brzuch wyrzuconego na brzeg wieloryba, okazuje się, że trzewia zwierzęcia skrywają żywego człowieka o wyglądzie albinosa. Crummey uruchamia tutaj czytelny kontekst biblijny. Juda, bo tak nazwali mężczyznę-niemowę mieszkańcy osady, przynosi im szczęście, jego ocalenie rozpoczyna w rybackiej wiosce okres kilkuletniego dostatku. Innym przykładem wpisującym powieść Kanadyjczyka w kontekst tradycji realizmu magicznego byłby wątek łączący nieszczęśliwe małżeństwo Gallery’ch i księdza Phelana, postać targaną wewnętrznymi sprzecznościami. Z jednej strony opiekuna, duchowego powiernika i doradcy rybaków, z drugiej hulaki, erotomana i rozpustnika. W Dostatku im narracja głębiej penetruje przeszłość, tym intensywniejsze czytelnik odnosi wrażenie, że irracjonalne siły nadprzyrodzone kierują losem bohaterów, plączą im ścieżki, kierują gdzieś na oślep, a istniejąca gdzieś poza wymiarem historycznym rzeczywistość, nagle tej wielkiej historii doświadcza – kiedy rozpoczyna się w Europie I wojna światowa. Wracając jeszcze do warstwy fantastycznej Crummeyowskiej narracji, należałoby zadać pytanie,  jak w racjonalny sposób wyjaśnić obecność ducha Gallery’ego siedzącego za piecem w domu swojej żony? Obserwowanie przez zjawę conocnych orgii, jakim wdowa oddaje się księdzem Phelanem jest swoistą formą pokuty za jego niegodziwość i podłość w stosunku do małżonki za życia.

Powieść autora Pobojowiska jest wstrząsającą narracją mówiącą o tragizmie ludzkiego losu. Bohaterowie przeżywają swoje prywatne dramaty, ale niezmordowanie walczą z przeciwnościami. To książka usiłująca dociec istoty przypadkowości ludzkiego losu, mówiąca o dojmującym smutku utraty i przemijania, o stawianiu czoła przeznaczeniu. Ekstremalne warunki, jakie natura gotuje każdej zimy mieszkańcom Nowej Funlandii wyostrzają emocje i uczucia bohaterów, ich troski, marzenia i ambicje. Potężna dawka nieokiełznanego erotycznego żywiołu zderza się potrzebą uczucia i bliskości z drugim człowiekiem. To również opowieść o tym, że ludzkie życie od zawsze jest naznaczone piętnem śmierci. Narracja nie przebiega linearnie, mieszają się w niej czasy, wątki i opowieści. Rwana i fragmentaryczna w toku uważnej lektury układa się jednak w spójną całość. Każdy z bohaterów, nawet tych z drugiego planu, ma swoją jednostkową, niepowtarzalną historię. To bez wątpienia wielka powieść.

                                                                                                               Jacek Lech